poniedziałek, 11 stycznia 2016

Rozdział 1 część 1

Biiiiiiiiip
Biiiiiiiiip
Biiiiiiiiip
Szary westchnął. Usiadł przed śluzą na czworaka, spojrzał z wyrzutem na rozbebeszony terminal, do jakiego podłączył swój mały komputer.
Przeczesał krótkie, ścięte maszynką włosy.
Wdusił przycisk na pękniętym w poprzek, dotykowym ekraniku, jak gdyby siła i determinacja tego czynu miała zmienić prawa fizyki, elektroniki i ogólnie przyjętego zdrowego rozsądku mówiącego, że śluzy w tej części stacji po prostu mają wszystkich w głębokim poważaniu.
Odłączył komputer. Sięgnął do torby wykonanej z materiału skafandra kosmicznego i zaczął w niej grzebać.
-Gdzie ja miałem te cholerne baterie...
Mruczał pod nosem. Znalazł jedną. Wyciągnął swój zmyślny "spięćnik". Parę drutów z miejscem na standardową baterie, które gdy się podłączyło do innego układu, miały spore szanse wywołać spięcie. To był wtedy jak rzut kością 6stką. Na szóstkę dzieje się cud i dokładnie to czego chcemy. Na piątkę, owszem, wywołujemy spięcie, ale efektu żadnego nie ma. Na czwórkę, smażymy układ w środku. Co nie jest takie złe, jak na przykład wywołuje się spięcie w... powiedzmy laserowym systemie bezpieczeństwa, jaki najchętniej spaliłby wszystko co nie jest pedantycznie czyste. Na trójkę, dość zaawansowane, choć stare układy radzą sobie. Spięcia nie ma, raczej nie będzie, ale można próbować dalej i tak i na inne sposoby. Dwójka, cóż... Bateria pokazuje Ci środkowy palec i mało widowiskowo eksploduje śliskim, śmierdzącym wnętrzem. Jeśli padnie jedynka, cóż... Dzieje się odwrotność cudu i mniej, bardziej widowiskowo, umierasz, zostajesz ranny, otwierasz drzwi, ale wpadasz na grupę szaleńców, kultystów, mutantów, Wentylowców, skażenie biologiczne, chemiczne, radiacyjne, albo, w najlepszym razie, na próżnie. Wtedy umierasz szybko, zgrabnie, stosunkowo bez bólu.
Jemu najczęściej wypadało coś koło trójki czwórki. Dlatego jeszcze żył. Ale i wiedział, że nie ma dużo fartu, więc darował sobie hazard.
Tym razem los uśmiechnął się do niego. I nie zabił go na miejscu.
Biiiiiizzzzzzzzppppppzzz...
Uniósł lekko brwi. Zaczekał z nadzieją, wpatrując się w metalowe, ukośne zamknięcie...
Nic z tego.
Nie było sensu próbować łomu, śluza była szczelnie zamknięta.
Sięgnął po mazak do torby. Obok terminalu, po jego lewej stronie zaznaczył małe V, zakreślone w kółko.
W jego miasteczku, czy może raczej, w jego holu, korytarzu i tych paru pokojach jakie zajmowali z resztą, plus farmą soi i robali, ten znak oznaczał urządzenie po spięciu.
Zerknął na zegarek przypięty do rękawa. Monochromatyczny, za to niezniszczalny chyba ekranik, powiedział mu:
Godzina 14:32, poziom tlenu-21%, ciśnienie- w normie, rok-3124, wtorek, kwiecień.
Pokręcił nieznacznie głową. Świat stanął na głowie. Nikt już nie liczył lat. Bo w zasadzie czym niby był rok? 350 dobami 25 godzinnymi? A jakby rok miał 500 dni? Co za różnica. Albo miesiące 30 dniowe. Nikt nie mówił za miesiąc. Za dwa. Mówiło się dokładnie. Za 30 dób, jak nie znajdziemy źródła pożywienia, zdechniemy z głodu.
Za 60 dób skończy nam się zapas baterii, trzeba pójść niżej w stację by ich szukać.
-Ale ja dziś dumam.
Skarcił się sam. Była najwyższa pora wracać. Spędził w niższych korytarzach trzy doby. Czuł, gdy sam się powąchał.
Spakował swoje rzeczy. Uśmiechnął się. Fakt, że musiał z plecaka wyciągnąć torbę, by mieć dodatkowe miejsca na znaleziska, oznaczał, że dobrze mu poszło.
Dobrze.
Nawet jeśli nim wróci poczuje ukłucie głodu. I złamany palec. I dwie kule w magazynku mniej.
Hej, przeżył! I znalazł dwa ogniwa, pakowaną próżniowo syntetyczną czekoladę (dwie paczki!, tylko jedną zjadł, o mało nie umierając przy tym z rozkoszy), trochę elektronicznego złomu, mnóstwo różnych małych śmieci, przenośny transformator i nowiutki, tylko 300 paro letni (albo więcej, nikt do końca nie wiedział ile czasu minęło nim wszystkich mieszkańców zapakowano, albo sami zapakowali się do komór hibernacyjnych), komputer osobisty w formie bransolety na nadgarstek. Jest nieźle. Ba! Nawet bardzo nieźle. Kupi nowe naboje. Żarcie dostanie. Może kupi też coś lepszej jakości. Za samą czekoladę może sobie pozwolić na racje na kolejne takie wyjście. Albo odłoży... Zawsze chciał wybrać się do górnych stacji. Nie na parę dni...
Ale co by tam robił? Z czego żył? Na Uniwersytet ani nie zda, ani nie ma kasy. Trzeba było być pieprzonym bogaczem. Na dodatek cholernie mądrym. Nie ma tam już tak łatwych kąsków do łupienia. Nie, żeby jego robota była łatwa, ale tam trzeba być uzbrojonym po zęby, wyposażonym i...
Coś łupnęło w wentylacji.
No i ma kurwa, zamyślił się w drodze.
Zerknął w górę. Odnalazł kratę wentylacyjną wzrokiem. Była lekko opuszczona.
Już miał w dłoni pistolet. Wcisnął przycisk. Cichy klik i jednostajny pisk powiedział mu, że szyny są naładowane by wypuścić pocisk. Oby tylko się nie zaciął...
Usłyszał go. Ją. To. Cokolwiek czołgało się w przewodzie, musiało usłyszeć i jego. I znów ucichło. Obok kraty wentylacyjnej.
Wstrzymał oddech. Spróbuje wyskoczyć i go zaatakować?
-Idź dalej... Idź... Nie chce kłopotów.
Wyszeptał cicho, jak gdyby zaklinając rzeczywistość.
Zobaczył... Dłoń. Kobiecą, wąską, brudną jak jasna cholera dłoń owiniętą bandażem. Dostrzegł, że skóra była pokryta strupami. Wentylowiec. Czy raczej... Wentylowczyni?
Dłoń chwyciła kratę.
Wstrzymał oddech.
Jeśli spróbuje wyjść, strzeli.
Zamknęła kratę szarpiąc ją do góry. Trzasnął chwytak klapy. Usłyszał jak ta porusza się szybko do przodu.
Odczekał jeszcze chwilę.
Zwykle... Byli cichsi. Obwiązywali dłonie bandażami, tkaninami. Także kolana, łokcie, stopy. Cichość, znajomość stacji, Korytarzy była ich przewagą. Nóż przyłożony do szyi zagubionemu Złomiarzowi. Napaść na karawanę kupiecką.
To była... Panika.
I kobieta? Ich łowcy się zapuszczali w te rejony. Ale nigdy nie słyszał, by zabito, czy schwytano Wentylowniczkę. Słyszał, że są, ale...
Zerknął za siebie. Korytarz niknął w ciemności, w odcinku gdzie gasły światła. Nie był jednym z głównych, ale ten był dość szeroki, ważny. Z grodziami co jakiś czas.
Wzdrygnął się.
Tamta spierniczała.
Świadomość tego prostego faktu uderzyła go nagle, mocno. Chwycił torbę jaką odłożył na ziemie by go nie ograniczała i ruszył do przodu.
Doskonale wiedział, czemu większość opowieści Złomiarzy opowiadających jakie to straszydła i dziwa widzieli i jak uciekli, czy je pokonali, były bujdą. Tak naprawdę, po za zagrożeniem wynikającym z innych ludzi. Zdziczałych, wrogich, Wentylowców... Wszystko inne po prostu miało 90% skuteczność w zabijaniu.
Ruszył szybkim krokiem.
W torbie grzechotały znalezione graty. Lekko chlupotała butelka z wodą. I obok ta z moczem.
Woda nie mogła się marnować i zostawać na niższych poziomach.







Uciekać.
Na Rury, uciekać.

Łzy bezgłośnie spływały jej po policzkach. Dłonie bolały od ran, jakie już zaschły. W żołądku ściskało. Nieznośnie i mocno zarazem. Ale strach, smutek, rozpacz w tym wypadku zmuszały do zajęcia się sobą, przetrwania. Nie było czasu na zastanawianie się nad nieprzyjemnościami płynącymi z braku jedzenia
.
Trzeba je zdobyć.
Trzeba przeżyć.
Co tak szumi? Ostrza? Tak, Ostrza Twórców.

Wiatrak wirował. Jak to w zasadzie wiatraki mają w zwyczaju. Nie wyjątkowo szybko, ale wystarczająco by zrobiły jej krzywdę. Dobrze, że tuż przed ucieczką miała wyruszyć w tunele.
Sięgnęła na plecy. Odpięła od pasa długą, metalową rurę.
Przyjrzała się wiatrakowi. I zdecydowanym ruchem wepchnęła ją tak, by zatrzymać wiatrak.
Przecisnęła się. Sięgnęła po rurę i wyjęła ją sprawnie. Wiatrak ruszył dalej.
Ostrza muszą pracować.
Wtedy Twórcy szczęśliwi.
A gdy nie pracują są źli. Zabierają powietrze.
Ruszać dalej. Zdobyć jedzenie.
I... I co?
Co dalej zrobi?
Nie wiedziała. Nie miała bladego pojęcia co dalej. Wszyscy zginęli. Słyszała ich wrzaski. Krzyki. Walkę. Płacz dzieci. Rozkaz jej mężczyzny by uciekła. By uratowała się.
Poczuła ścisk w brzuchu. To ją obudziło. Najpierw niech ucieknie daleko. Zdobędzie jedzenie, wodę. Potem... może poszuka innego Plemienia? A może...

Nie, Jaśni ją zabiją.
Zawsze zabijali jej ludzi.
Jej ludzie ich.

Ruszyła dalej. Przyśpieszyła. Nie miała tkaniny na dłoniach, czy kolanach. Mimo swej sprawności i lekkości, wiedziała, że robi hałas.
Instynkt kazał się jej zatrzymać. Usłyszała coś.
Cichutki pisk. Wiedziała co oznacza.
Jasny. Ma Pioruny. Wie, że tu jestem.
Klapa przed nią. Musi przejść.
Zerknęła w tył.
Nie. Nie może. A co jeśli ją gonią? Śledzą? Kim, czym są? Jeśli też chodzą w Rurach?

Powoli wypuściła powietrze. Ruszyła w stronę klaty. Czy.. Czy tamten się boi? Jak ona? Wiedziała, że Łowcy polują na jego ludzi. Choć... Teraz już nie miał kto polować.
Sięgnęła do kraty. Pociągnęła ją mocno w górę. Zatrzask chwycił. Aż pisnęła cicho z ulgi i natychmiast ruszyła dalej. Byle dalej od tego wszystkiego.
Zimny metal i ciemność tunelu przynosiła spokój. Znała tę część. Nie doskonale ale nawet dobrze.
Przeżyje. Musi. Co jej pozostało po za wolą, by przeżyć?